"Inny punkt widzenia, czyli ona widziana jego oczami."

    Cześć, dzisiaj dostaniecie wpis ode mnie. Pewnie Ewa coś wam o mnie wspominała, nie wiem czy to źle czy dobrze ale dziś poczytacie sobie tu moje słowa. Dla formalności jestem chłopakiem Ewy nazywam się Andrzej i niestety serio tak mam na imię :) Na pomysł tego wpisu wpadliśmy tydzień temu, właśnie w niedziele. Rozmawialiśmy coś o blogu i Ewa zapytała mnie jak widzę następny wpis. Napisałbym tak i tak mówię. Na co Ewa: to napisz... Później ustaliliśmy, że wpis ma być o niej. Nie wiem czy uda mi się obiektywnie przedstawić wszystko jasno i w miarę krótko ale postaram się pokazać wam jak to wszystko wygląda z mojej perspektywy. Zacznę więc od początku. Pierwszy raz w życiu Ewę zobaczyłem przeglądając instagrama. Nie skupiając się za bardzo na szczegółach coś po prostu mnie tknęło. Zobaczyłem zdjęcie, które opisane było, dokładnie nie pamiętam jak ale coś w stylu: Dziś jest światowy dzień walki z rakiem, ja wygrałam. Zaciekawiło mnie to i napisałem do Ewy. Odpisała mi (chociaż podobno zwykle olewała wiadomości od nieznajomych). Niektóre rzeczy muszę skrócić więc przejdę do następnego etapu. Zrobię to tak żebyście się nie zgubili. Od czasu kiedy ją zobaczyłem na instagramie do pierwszego spotkania minął jakiś miesiąc. Poznaliśmy się w zasadzie pod kościołem, Ewa była zestresowana, ja jak zwykle bardzo pewny siebie. Po wyjściu z kościoła odprowadziłem ją na przystanek bo rozmowa układała się  bardzo dobrze. Wywalczyłem kolejne spotkania. Tak naprawdę charakter Ewy bardzo mnie zaintrygował. Nie chcę tu opisywać szczegółów i każdej z wielu historii, które miały miejsce bo wpis ma być o Ewce. Przeskoczę więc o kilka ładnych dni skupiając się na najważniejszym szczególe. Zanim Ewa dała mi się poznać taką jaka jest faktycznie minęło sporo czasu. Spowodowane było to wstydem i obawą przed nieznanym. Po jakimś czasie zbliżyliśmy się do siebie na tyle, że zniknęły bariery i wydawało się, że wszystko jest już normalnie. Nic bardziej mylnego. Tak naprawdę historię można zacząć od tego momentu. Ewa była i jest osobą bardzo aktywną społecznie.  Nie było sytuacji i dnia gdy nie słyszałbym, że pomaga komuś, robi coś dla kogoś. Gdy poznaliśmy się bardziej,naturalnie Ewa zaczęła też zwierzać mi się ze spraw wpływających na nią negatywnie. Nie pamiętam nawet czym było to spowodowane ale zapytałem wprost jak mam to w zwyczaju. Czy myślisz o sobie? Czy jesteś z siebie zadowolona? W jej oczach widać było lekkie zakłopotanie, to dało mi do myślenia... Okazało się, że nie znam jeszcze Ewy wcale. Okazało się, że Ewa nie zna siebie. Gdzieś w natłoku spraw okazało się, że zgubiła samą siebie. Nie myśląc o sobie żyła i robiła wszystko, żeby inni mieli dobrze. Poświęcając swoje dobro, komfort fizyczny i psychiczny oddawała się pomocy innym. Wszystko było ważniejsze  rodzina, przyjaciele, dzieci z fundacji w której jest wolontariuszką. Każdy powód był dobry żeby nie myśleć o sobie.  Nie ukrywam nie spodobało mi się to. Nie mogłem podjąć innej decyzji bo decydując się na związek z tą dziewczyną przemyślałem chyba wszystko. Niektóre rzeczy nawet po kilka razy. Postanowiłem trochę jej nawtykać. Po trudnej rozmowie i kolejnej porcji zwierzeń zaczęła się walka, a w zasadzie wojna o powrót do normalności, której jak się okazało nie ma od kilku lat. Problemem okazało się bardzo wiele rzeczy. A  ja myślałem sobie, że wszystko jest super. Okazało się, że owszem może być super ale droga do tego jest bardzo długa. Jedyna pozytywna rzecz z tego okresu to fakt, że poznałem ją w końcu taką jaka jest naprawdę. Brak mi kompletnie doświadczeń w jakiejkolwiek dziedzinie, która pomogłaby w przemianie mojej dziewczyny ale nie można odmówić mi pewności siebie. Postanowiliśmy razem, że zrobimy kilka rzeczy, a w zasadzie wszystko co trzeba będzie aby odkryć na nowo życie zagubione gdzieś tam w czasie pomagania innym. Mam jeszcze jedną cechę, nie lubię przeciętności i zawsze walczę o to aby najlepsze co może być dotyczyło właśnie mnie. Jestem jedynakiem więc mówiąc szczerze ( wiem wiem, jedynak i szczere teksty o samym sobie :D :D :D ) po prostu ja nie biorę jeńców. Dla mnie nie ma słowa może, chyba, kiedyś, zobaczymy. Jest tu i teraz. I podczas gdy Ewie każda zmiana przychodzi trudno, trwa długo i wymaga wielu zastanowień ja działam szybko i impulsywnie. Jedną z bardziej znaczących spraw okazało się najprostsze i codzienne wychodzenie z domu. Śmieszne ale dla wszystkich z nas jest to po prostu takie nic. Każdy z domu wychodzi i robi to bez jakiegoś zastanowienia się. Ewa wychodzenie z domu doprowadziła do perfekcji. Zrobiła chyba to co wszyscy w jej przypadku robią świetnie. Zakamuflowała się do granic możliwości. Ewa z domu wychodziła tylko w spodniach, tylko w protezie. Kiedy siedzieliśmy raz u Ewy i była z nami koleżanka dowiedziałem się, a w zasadzie zobaczyłem coś o czym nie myślałem wcześniej. Koleżanka odjeżdżała do domu taksówką. Rzuciła szybkim tekstem. Ewa odprowadź mnie na dół... Zerknąłem na moją dziewczynę i na jej twarzy zobaczyłem grymas i niedowierzanie. Dla Ewy niemożliwym było przekroczenie progu mieszkania nie mając na sobie swojej nogi. Co powiedzą ludzie? Podjąłem temat gdy koleżanka już nas opuściła. Pokażę wam jeszcze jeden przykład odrywając się na chwilę od sytuacji kuriozalnej o której właśnie wam piszę. Co robicie w lecie gdy musicie wyjść z domu, a temperatura w mieście sięga przypuśćmy 35 stopni? Co wy robicie nie wiem ale wiem na co wpadała moja wspaniała. Proteza, którą nosi jest hmm... nie wiem bo nie mam doświadczenia ale conajmniej bardzo wymagająca od użytkownika. Wymaga siły, wprawy i przyzwyczajenia, ponieważ sięga ona prawie do brzucha i w zasadzie to my nazywamy ją zbroją. Jest w niej okrutnie gorąco. Do nogi dorzucimy jeszcze hmm... czarne spodnie. Nie wiem jaka musi być temperatura wewnątrz tej instalacji poruszając się w pełnym słońcu w temperaturze powietrza 35 stopni ale zmęczenie organizmu można wtedy osiągnąć po jakichś  5 minutach takiej walki i tak twierdzi sama Ewa. Tak żeby nie zanudzać o parzeniu tyłka nadmienię tylko, że to wszystko naczynia połączone. Jakim cudem starczy Ci siły na zajęcia na uczelni skoro zanim do niej dojedziesz umrzesz z 4 razy z wycieńczenia? Jakim cudem będziesz miała ochotę na piwo ze znajomymi skoro zanim dotrzesz do umówionego miejsca roztopisz się w gorącu? I wreszcie jakim cudem będziesz miała siłę na cokolwiek skoro zanim wymyślisz co tu zrobić wypocisz z organizmu całą wodę i po prostu uschniesz. Wracając do psychologicznego aspektu całej sprawy, a w zasadzie wspomnianej wyżej wojny. Patrzysz na swoją dziewczynę i nie wierzysz. Czy wstyd przed wyjściem z domu jest większy niż chęć życia o które walczyłaś 2 lata pytam? Nie słyszę odpowiedzi  co sugeruje mi odpowiedź. OK kolejny raz zaczynamy wojnę. Powiem tylko tyle. Wszystko trwa do dziś. Kolejne bitwy są za nami. Każdego dnia pokonujemy swoje granice. Na dzień dzisiejszy z całą pewnością mogę powiedzieć. Jesteśmy już na ostatniej prostej. Wychodzimy do ludzi. Ewa potrafi już wyjść. Staje przed lustrem i rzuca stwierdzeniem: wiesz, faktycznie bardziej się sobie podobam bez tej nogi. Jestem naturalna, spontaniczna, jest mi wygodnie i wyglądam po prostu jak ja. Wracając do naczyń połączonych wszystkie inne rzeczy też wyglądają właśnie tak. Nagle znalazł się czas na samą siebie. Ewa zaczęła kierować się sobą i swoim komfortem. Zyskała bardzo dużo. Więcej czasu, siły. Mniej zmartwień i mniej cierpienia, które sama sobie fundowała w imię takich, a nie innych chorych przekonań. Nie chcę rozpisywać się jak to wszystko osiągała i ile to trwało. To mogłoby wystraszyć kogoś kto być może taką walkę ma przed sobą. Nie wiem nic i nie chce się wymądrzać ale obok mnie leży kobieta, która niejedną walkę ma za sobą i była w miejscach, które mi nawet się nie śniły i za nic w świecie nie chciałbym ich odwiedzać. Jak mówi moja siłaczka, nie jest łatwo i bywały różne momenty. Myślę, że powoli kończymy tę wojnę i wygramy ją. W końcu Ewa zacznie żyć normalnie i pełnią życia nie przejmując się głupotami na które nie miał wpływu nikt z nas. Kończąc ten wpis chciałbym w końcu to ja napisać dziękuję. Ewa... Ty wiesz za co ale mimo wszystko tak w skrócie napiszę to tutaj. Dziękuję, że mogłem Cię spotkać, że dałaś mi szansę. Za to, że planujemy wspólną przyszłość i za to, że to wszystko realizujemy w tak pięknym stylu. Kiedyś usłyszałem, że nie jestem  przecież wolontariuszem ani typem człowieka, który komuś by pomógł. Owszem nie jestem i daleko mi do tego typu człowieka.  Nie wiem czy kiedykolwiek zostanę wolontariuszem i czy kiedykolwiek zacznę pomagać ludziom choć w połowie tak skutecznie jak Ty im pomagasz. Pomagasz też mi i wypadałoby za to jakoś podziękować. Co mogę zrobić więcej niż napisać to tu. Bardzo mnie zmieniłaś i oczywiście nikt w to nie uwierzy ale nie dbam o to.  Dałem Ci tylko jedno. Poczucie własnej wartości, którego nie miałaś. Podałem rękę i zrobiłem te kilka pierwszych kroków, a teraz to ja nie mogę nadążyć za Tobą.  Dziękuję raz jeszcze. 

A. 




Komentarze

Popularne posty