"Powrót do normalności w innym wcieleniu. Czyli pierwsze kroki do akceptacji nowego życia."

   W końcu pojechałam na operację do Warszawy. Długo wyczekiwanej przeze mnie. Po tylu nieprzewidzianych sytuacjach nareszcie nadszedł czas na pozbycie się nieproszonego gościa. 
   Tuż przed zabiegiem mama została wezwana do gabinetu na rozmowę z lekarzem na temat mojej operacji. Ja zostałam w sali razem z koleżanką, którą poznałam w Warszawie. Zajęte rozmową i poznawaniem siebie nie przypuszczałam jaką informacje przekaże mi mama.Ciągle żyłam nadzieją, że będę miała endoprotezę kości udowej ale jak później się okazało moją nadzieją była złudna. Mama przekazała mi informację od lekarza w najbardziej delikatny sposób w jaki umiała. Powiedziała mi, że będę musiała jednak mieć amputację nogi. Jednak zaznaczyła, że wszystko tak naprawdę okaże się na bloku operacyjnym. Natomiast lekarz musiał nas o tym poinformować i poprosić o zgodę na wykonanie takiej operacji. Oczywiście moją pierwszą reakcją był płacz. Dla 12-letniej dziewczynki było to niepojęte i trudne do zaakceptowania. Pierwsza myśl jaka się we mnie pojawiła to obawa przed tym, że nikt mnie nie polubi. Nie martwiłam się jak będę funkcjonować na co dzień, tylko o to czy zostanę zaakceptowana przez rówieśników. Teraz śmiało mogę powiedzieć, że ten problem zupełnie nie odnosi się do obecnej rzeczywistości. Nie dochodziła do mnie ta wiadomość, nadal tkwiłam przy swoim przekonaniu, że nogę uda się uratować. Nadszedł więc czas operacji. Pożegnałam się z mamą nie kryjąc wtedy żadnych emocji. Był to przecież czas długo wyczekiwany  przez nas ale też bardzo trudny. Bo nie wiedziałam co może mnie czekać po tym jak już operacja się skończy. Czy faktycznie będę musiała nauczyć się życia bez nogi?
     Moja operacja trwała 3 godziny. Gdy wyjechałam z bloku operacyjnego mama już czekała za drzwiami. Moje pierwsze pytanie brzmiało "Mamo? Czy mam nogę?" Niestety odpowiedź była negatywna. Mama przez łzy w oczach opowiedziała mi, że NIE. Byłam bardzo słaba po operacji więc nawet nie wiedziałam do końca co dzieje się z moim organizmem. Gdy znalazłam się już na sali pooperacyjnej lekko uniosłam głowę by sprawdzić czy faktycznie tak jest. Po prawej stronie łóżka zobaczyłam puste miejsce. Po policzku popłynęły mi łzy...Kilka godzin później do sali przyszła mama. Cieszyłam się, że ją zobaczyłam ale nie mogłam z nią rozmawiać, ponieważ było mi bardzo ciężko cokolwiek mówić. Nie miałam siły, pragnęłam jedynie by po prostu przy mnie była. Z dnia na dzień czułam się coraz lepiej. Jedynej rzeczy, której nie lubiłam to zmiany opatrunku. Zawsze w jakiś sposób sprawiało mi to ból. Na 3 dzień po operacji przyszła do mnie rehabilitantka. Byłam trochę przerażona, że nasze spotkanie nastąpiło tak szybko. Wiedziałam, że się z nią zobaczę bo każde dziecko po operacji miało z nią do czynienia. Pani Monika, bo tak się nazywała to według mnie najlepsza rehabilitantka. Stanowcza babka ale o gołębim sercu. Mama myślała, że będzie wykonywała ze mną proste i mało inwazyjne ćwiczenia w sali, tak na dobry początek zaznajomienia się z nową sytuacją. Poszła więc do szpitalnej kuchni zrobić mi herbatę. Pani Monika znana jest z tego, że od razu przechodzi do sedna sprawy. O czym miałam okazję się przekonać na własnej skórze. Powiedziała do mnie "Wstawaj Ewka, idziemy na korytarz." Byłam w lekkim szoku, jak mam to zrobić skoro nie dawno miałam tak poważną operację a na dodatek dreny wisiały mi przy nodze. Nie miałam innego wyjścia jak po prostu jej zaufać. Jaka ja byłam szczęśliwa gdy po tylu miesiącach leżenia w gipsie, przykuta do łóżka mogłam normalnie usiąść. Wyobraźcie sobie jaka byłam uradowana gdy zrobiłam ten pierwszy krok. Nie było łatwo, zapomniałam nawet jak mam się poruszać. Tak więc Pani Monika widząc, że radzę sobie z siadaniem zaproponowała mi małą rundkę po korytarzu. Zgodziłam się, choć byłam trochę przerażona. Ruszyłam przed siebie. Nie mogłam się nacieszyć, że stoję w pionie, że się poruszam. Choć było to trochę niezgrabne lecz starałam się jak mogłam. Gdy mama wracała z herbatą nie wiedziała co z nią zrobić gdy zobaczyła mnie na szpitalnym korytarzu. Była przerażona Ale jednocześnie zadowolona, że tak sobie radzę. I tak z dnia na dzień uczyłam się nowego życia. Lekarze byli pełni podziwu, że w tak krótkim czasie ponownie zaczęłam chodzić. Moją jedyną motywacją było to, że chciałam pojechać już do domu. Spotkać się z rodziną, z przyjaciółmi. Chciałam zacząć na nowo żyć. Inaczej, ale już jako osoba wyzwolona z pod ciężaru gipsu, który towarzyszył mi przez 7 miesięcy. Wtedy poczułam, że mogę naprawdę zacząć żyć na nowo. Nieprawdopodobne ale ja cieszyłam się, że nie mam już nogi, że nie ma ze mną tego gipsu, ciężaru i bólu. Po dwóch tygodniach pobytu w szpitalu w końcu nadszedł czas na jego opuszczenie. Udałam się więc w podróż do mojego prawdziwego domu, do Starego Henrykowa. Tam gdzie wszystko się zaczęło, tam gdzie się wychowywałam jako dziecko. W końcu po tylu miesiącach nieobecności mogłam powrócić z powrotem do tego miejsca. To co zastałam wprawiło mnie w zaskoczenie i jednoczenie zadowolenie. Gdy weszłam do mieszkania przywitała mnie tortem najbliższa rodzina i przyjaciele. Byłam tak szczęśliwa, że mogłam się z nimi wszystkimi zobaczyć. Gdzie z niektórymi nie miałam kontaktu przez kilka miesięcy. Pełna radości rozmawiałam ze wszystkimi o tym co działo się podczas mojej nieobecności. Nawet mój pies był szczęśliwy, że mnie zobaczył. Nigdy nie widziałam jak zwierzę może cieszyć się na widok swojego właściciela w ten sposób. A był to niezwykły towarzysz bo wychowywał się razem ze mną od 4 roku życia. Więc zawsze był przy mnie, nawet przychodził po mnie na przystanek autobusowy gdy wracałam ze szkoły do domu. Tak więc spędziłam kilka dni w domu, ciesząc się obecnością rodziny i "ładując akumulatory" na powrót do szpitala na kolejną dawkę chemioterapii pooperacyjnej.





     

Komentarze

  1. Wielki SZACUNEK dla Ciebie za walkę . Jak czytam momenty, gdzie opisujesz chwile z mamą to z trudem powstrzymuje łzy. Niewyobrażalne dla mnie i przerażające na samą myśl.
    Świetny pomysł i ogromna odwaga zarazem, zdecydować się na pisanie bloga i powracanie do "tamtych" chwil.
    Świetnie piszesz !! Powodzenia .
    Sąsiadka z S.H. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, gratuluję kolejnego wpisu :) Nie mogę się doczekać aż nadrobię kolejne! :)))

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz