„ Reakcja organizmu na chemioterapię i kolejny raz otarcie się o śmierć.”



       Jak dobrze było po tak długim czasie niewiadomej poczuć się lepiej i być świadomym tego na co jest się chorym. Wytłumaczono mi mniej więcej jaka to jest choroba i co ze sobą niesie. Jak się później okazało poznałam jej skutki. W poprzednim wpisie już trochę Wam o nich opowiedziałam. Ale jak wyglądała chemioterapia, która była już trafiona? Jaki był jej przebieg i co działo się z organizmem 12-letniego dziecka?


       Na wstępie zaznaczę, że brałam dość silną chemię, ponieważ miałam złośliwy nowotwór kości. Oprócz tego zastosowano u mnie nietrafioną chemioterapię i musiałam nadrobić stracony czas. Zapewne takie leczenie kojarzy wam się przede wszystkim z utratą włosów oraz wymiotami. Rzecz jasna to nastąpiło również u mnie. W końcu nadszedł ten czas kiedy i mi wypadły wszystkie włosy. Każdego dnia miałam ich na głowie coraz mniej. Wypadały również brwi, rzęsy. Całe moje ciało było pozbawione owłosienia. Często przy chemioterapii towarzyszyły wymioty. Tak było również u mnie. Nawet wypita herbata była natychmiast zwracana. Mama często prosiła mnie o to abym ugryzła chociaż kawałek chleba. Czasami była to "walka z wiatrakami". Musiałam coś jeść ale mój organizm po prostu się buntował. Zdarzyło się, że w sam środek zimy zachciało mi się zjeść kawałek arbuza. Mama wybierała się na poszukiwania do różnych sklepów w celu zakupu. Gdy udało jej się zdobyć wymarzone przeze mnie jedzenie nagle okazywało się, że przeszła mi na niego ochota. Wyobraźcie sobie minę mojej mamy gdy po tak owocnych poszukiwaniach słyszała takie słowa z moich ust. Cóż mogłam poradzić, nie miałam na to wpływu. Mój organizm zachowywał się tak jakbym była kobietą w ciąży posiadającą wachlarz różnych zachcianek. Ale mama potrafiła zrobić wszystko co mogła abym cokolwiek zjadła. Ciężko było włożyć cośkolwiek do ust skoro za chwilę miałaś oddać to z powrotem. To wiązało się z tym, że bardzo szybko straciłam na wadze. Ważyłam zaledwie 24 kg. Pamiętam sytuację gdzie odwiedzała mnie rodzina, znajomi. Zawsze przynosili coś ze sobą, z reguły były to słodycze. Nigdy ich nie jadłam, ponieważ odrzucało mnie na samą myśl. Miałam dziwny wstręt do nich. Szkoda, że tak mi nie zostało. Tak więc zawsze odkładałam je do szafki, która stała tuż przy łóżku. Czasami po prostu wyciągałam je z reklamówki, oglądałam i chowałam z powrotem do szafki. Miałam taki dziwny nawyk, że skoro mnie odrzuca i nie mogę tego zjeść to chociaż sobie pooglądam. Oczywiście nikt tych słodyczy nie mógł zjeść, chyba że sama postanowiłam kogoś czymś poczęstować. Do tej pory nie wiem skąd to się we mnie wzięło. Często podczas chemii miałam popalone śluzówki. Moje usta wyglądały jak jeden wielki strup. W jamie ustnej wszystko mnie bolało. Nie mówię już nawet o zwykłym załatwianiu swoich potrzeb. Często proste wypróżnienie się wiązało się z okropnym bólem i płaczem. Dlatego gdy pojawiały się tak drastyczne momenty gdzie już naprawdę nic nie mogłam zjeść, podawano mi kroplówki wzmacniające z różnymi potrzebnymi witaminami, które zasilały mój organizm. Nienaturalne, ale było to jedyne rozwiązanie aby w jakiś sposób przetransportować cenne składniki do mojego organizmu. Często po chemioterapii organizm był wykończony więc trzeba było przetaczać krew, płytki krwi bądź osocze w zależności od tego czego potrzebował. Po chemii organizm był więc wzmacniany, odbudowywany i przygotowywany na następną dawkę chemioterapii. Nie było łatwo mi funkcjonować tak przez rok. W przeciągu tego czasu pojawiło się kilka poważnych komplikacji.



     Jedną z nich był za duży gips. Jak dowiedzieliście się z drugiego mojego wpisu, pewnej nocy nastąpiło samoistne złamanie nogi. Przyjechał więc lekarz i zagipsował mnie w takim stanie w jakim pozostawił mnie ból z poprzedniej nocy. Mianowicie noga odchylona w nienaturalny sposób na bok i w ten sposób mnie zagipsowano. W tym opatrunku leżałam przykuta do łóżka przez 7 miesięcy. Gips sięgał do połowy brzucha więc nawet nie mogłam usiąść, nie mówiąc już o wstaniu z łóżka. Gdy tyle straciłam na wadze gips zrobił się luźny. W międzyczasie jeździłam karetką na szereg różnych badań czy nawet do domu, po to aby móc trochę w nim pomieszkać i żyć w miarę normalnie pomimo tak ciężkiej choroby i niedogodności z nią związanych. Tak więc gdy pewnego dnia zgłosiłam lekarzowi, że noga, którą mam w opatrunku gipsowym zaczyna mnie boleć to zignorował moją uwagę. Sądząc, że nie powinno mi to przysparzać żadnego bólu z takiej racji, że środek opatrunku gipsowego jest wyścielony watą, która raczej żadnej krzywdy nie robi. Zgłaszałam tak już kilka razy i alarmowałam, że coś jest nie tak. Czułam się coraz gorzej. Gdy pewnego dnia miałam jechać do Warszawy na operację zawieziono mnie na chirurgie w celu wymiany gipsu. Nie sądziłam, że zmiana opatrunku będzie tak bolesna. Gdy znalazłam się w sali w celu wymiany gipsu lekarze zaczęli mi tą złamaną nogę prostować. Gdy skarżyłam się i mówiłam przez łzy w oczach, że to mnie boli, żeby przestali. Jedynie co zrobili to podali mi środki uspokajające. W pewnym momencie zaczęłam krzyczeć, wołając moją mamę ale nic to nie dało, ponieważ nie chcieli jej wpuścić do środka. Czułam jak moja noga nienaturalnie się wygina. Na szczęście lekarzom nie udało się wyprostować tej nogi więc założyli mi tylko opatrunek gipsowy. Byłam wykończona. Chciałam jak najszybciej uciec z tego szpitala. Nadszedł dzień kiedy miałam jechać do Warszawy. Pomimo zmiany opatrunku nadal bolała mnie noga. Podróż karetką była okropna. Każdy gwałtowny ruch, wjechanie w jakąś większą dziurę kołem karetki wiązało się z bólem. Gdy znalazłam się w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie zabrano mnie do sali zabiegowej w celu oględzin nogi. Gdy lekarz zobaczył w jakim stanie znajduje się moja noga był przerażony. Powiedział, że operacja usunięcia guza nie odbędzie się ale muszą zrobić zabieg w celu opracowania mojej nogi bo była w fatalnym stanie. Jak później się okazało miałam odleżyny, które powodowały taki ból. Na wysokości ścięgna piętowego miałam dziurę, która sięgała do kości. Natomiast na udzie po zewnętrznej stronie posiadałam taką odleżynę, która musiała zostać zszyta operacyjnie. Podczas wykonanego zabiegu opracowano mi nie tylko odleżyny ale również pod wpływem narkozy wyprostowano mi nogę oraz założono plastikowy gips, który był o wiele lżejszy od standardowego opatrunku gipsowego. Następnego dnia przyszła rehabilitantka i postawiła mnie do pionu razem z tym gipsem. Po kilku miesiącach zobaczyłam podłogę zupełnie z innej perspektywy. To było niesamowite uczucie móc prosto stanąć jak człowiek. Jak później się dowiedziałam w takim gipsie ludzie chodzą o kulach. To było coś dla mnie niesłychanego. Jednak tą możliwość mogłam poznać tylko w Warszawie. Tak więc operacja została przeniesiona na inny termin a ja dostałam antybiotyk w celu leczenia moich odleżyn.



      Jednak gdy wróciłam do Wrocławia musiałam dostać kolejną dawkę chemii. Mój organizm uległ osłabieniu a wyniki się pogorszyły. Czułam się coraz gorzej. Okazało się, że miałam sepsę. W tym czasie w szpitalu leczyła się na białaczkę Agata Mróz. Wszyscy dobrze ją pamiętają. Ona też mniej więcej w tym samym czasie była w bardzo złym stanie. Niestety jej mąż nie zdążył z lekiem na czas i Agata umarła. Prawdopodobnie wtedy ja będąc tak samo w złym stanie dostałam lek po który pojechał mąż Agaty. Oczywiście nie było pewne czy przeżyję do rana po podaniu tego leku. Mój organizm jednak dzielnie walczył. Czasami zadaje sobie to pytanie...Czy gdyby nie ten lek to czy nadal byłabym tu gdzie jestem? Nie wiem tego. Nie wiem co dalej by ze mną było. Wtedy po raz drugi otarłam się o granicę śmierci, oczywiście nieświadomie. Bo kto mówiłby 12- latce o tym, że jest takie prawdopodobieństwo, że może umrzeć. Ja nawet nie byłam świadoma tego, że nowotwór może doprowadzić mój organizm do zgonu. W mojej głowie nie mieściły się takie pojęcia. Byłam święcie przekonana, że wyzdrowieje. Nigdy, nawet na moment nie zwątpiłam w to, że może mnie tu nie być. Miałam w sobie dużo siły do walki i determinacji. W końcu marzyłam o tym, żeby móc spotkać się z rodziną, z przyjaciółmi, pójść na bal gimnazjalny, mieć chłopaka. Chciałam normalnie żyć, bo tego najbardziej mi brakowało. Miałam w głowie tyle planów na przyszłość, które chciałam zrealizować będąc już zdrową. To nie pozwalało mi myśleć o tym, że mogłoby być zupełnie inaczej. W końcu po tylu przykrych incydentach nadszedł ten czas kiedy miała odbyć się długo wyczekiwana operacja. Tylko czy od razu wiedziałam, że amputują mi nogę? A może była nadzieja na odroczenie tak drastycznego rozwiązania? Jak to było? O tym już wkrótce...



Tak wyglądałam podczas leczenia:





Tak wyglądał sposób w jaki zagipsował mnie lekarz oraz widoczne jest to jak ten gips był za duży. Przepraszam za tak słabą jakość zdjęć ale miałam tylko takie.





Tak wyglądały moje odleżyny:
   











Komentarze

  1. Ten "lekarz" powinien odpowiadać przed sądem za to, że Cię porządnie nie poskładał... Kto wie jakby się potoczyły sprawy, gdyby od początku była porządna opieka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też czasami się nad tym zastanawiam ale tak widocznie miało być. Pomimo tego, cieszę się, że jestem w tym miejscu. 😊

      Usuń

Prześlij komentarz